Mój najlepszy prezent – pokój i nadzieja

pokoj_nadzieja

Pamiętam tę radość, gdy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym! Moje uczucia trudno opisać – wielka ekscytacja i przekonanie, że będzie cudownie. Świat wyglądał pięknie i otwierał przede mną nieznane wody pełne szczęścia i nadziei.

Serce nie bije

Jedenaście tygodni później usłyszałam coś, co absolutnie nie mieściło się w tej wizji: „serce płodu przestało bić, tu jest skierowanie do szpitala”.  Nie mogłam uwierzyć, że spotykają mnie kolejne sytuacje – próba znalezienia szpitala, w którym zrobią zabieg, lekarz opowiadający kawały o teściowej na sali operacyjnej, pielęgniarka krzycząca, żebym przestała już płakać, bo wystraszę inne pacjentki.

Sporo czasu  zajęło mi pogodzenie się i opłakanie straty. Długo dyskutowałam z Bogiem o tym, jak dobrym ludziom mogą przydarzać się złe rzeczy. Dlaczego pozwolił na taki ból w moim życiu? Nie mam odpowiedzi. Jednak czułam Jego pocieszenie i troskę, czułam, że płakał razem ze mną. To była dobrze przeżyta żałoba, razem z Bogiem. Dała ulgę.

Nadzieja pełna obaw

Półtora roku później, po żmudnych wizytach u lekarzy i leczeniu, znowu zobaczyłam dwie kreski na teście. Tym razem radość była ostrożna. To, co się przede mną otwierało było pełne nadziei, ale i obaw. Pierwsze pytanie w mojej głowie brzmiało: Jak to się skończy? Odpowiedź nie była tak oczywista, jak za pierwszy razem.

Od początku ciąża nie była prosta. Leki, komplikacje, lekarze. Musiałam leżeć przez cztery miesiące (wyjątkiem był spacer do toalety). Nadzieja pomieszana z lękiem. Będzie dobrze. A co, jeśli znów będzie, jak poprzednio? Nie przeżyję tego! Czy moje dziecko żyje, czy już nie? Nie, jest ok, nawet czasami jest mi niedobrze, jest ok. Budzenie się nad ranem i słuchanie odgłosów wstającego bloku i miasta: pierwszy tramwaj, pierwsze stuknięcie drzwi na klatce. Byłam tym tak zmęczona i spięta, a przecież w ciąży nie można się denerwować.

Zdjęty płaszcz

Pamiętam pewien świt. Stałam w oknie i patrzyłam na pierwsze promienie słońca pobłyskujące na dachach i kominach. Myślałam, że nie dam rady przeżyć kolejnych siedmiu miesięcy w tej niepewności, okrywającej moje plecy jak ciężki płaszcz. Wtedy Bóg mi przypomniał wersety z czwartego rozdziału Listu św. Pawła do Filipian: Nie troszczcie się o nic, ale we wszystkim w modlitwie i błaganiach z dziękczynieniem powierzcie prośby wasze Bogu. A pokój Boży, który przewyższa wszelki rozum, strzec będzie serc waszych i myśli waszych w Chrystusie Jezusie. Czytałam ten fragment wcześniej wiele razy, ale teraz stał się realny, żywy. I po prostu postanowiłam, że wezmę go dosłownie. Modląc się oddałam Bogu moją ciążę i dziecko, które stworzył i rozwijał we mnie. Powiedziałam Mu, że powołał je do życia i to Jego zadanie, by nad nim czuwać. Już nie chcę się bać, chcę Mu ufać. „A teraz poproszę Cię Boże, żeby obiecany pokój, który przewyższa wszelki rozum, strzegł mojego serca” – zakończyłam. I stał się pokój. Niezależnie od tego, jak niewiarygodnie to brzmi, przestałam się bać i doświadczyłam pokoju, który przewyższa ludzki rozum. Niepewność zniknęła, a płaszcz lęku zsunął się z moich ramion.

Dawca pokoju

Przez następne miesiące często wracałam myślami do tamtego świtu i spokoju, który podarował mi Bóg. Do pewności, że On ma wszystko w swoich kochających dłoniach. Czasami pojawiał się też lęk. Jak wtedy, gdy w siódmym miesiącu ciąży musiałam leżeć w szpitalu z powodu przedwczesnych skurczy. Jednak cały czas wracałam do postanowienia, by ufać Bogu, Dawcy pokoju, który wie, jak ta historia ma się skończyć i że to zakończenie jest dobre.

A potem urodziła się moja córka – Boży cud!

Autor: Aneta

Mój najlepszy prezent – pokój i nadzieja
Przewiń do góry